Obserwując biznes

  • Biznes otwarty wygrywa dwa razy

    Przeglądaliście amerykańskie czasopisma biznesowe? Gdyby wiedzę o gospodarce czerpać tylko z nich, bylibyśmy przekonani, że za oceanem sukces goni sukces. A nawet jeśli...

    Więcej
  • #zaufaniewbiznesie

    Ile skomplikowanych projektów w Polsce się nie udało przez to, że partnerzy w ramach konsorcjum nie mieli do siebie zaufania, lub swoimi działaniami mocno je nadwyrężyli.

    Więcej
  • 10 bez zadyszki

    Co łączy: rewię z kankanem, zagubiony wśród mazurskich lasów i jezior ośrodek wypoczynkowy, mapy i atlasy, poradnik dla kierownika budowy, wreszcie czasopismo dla wielkopolskich przedsiębiorców, zarządzanie projektami i content marketing?

    Więcej

14 lut 2016

Zakochaj się... w biznesie

To nieprawda, że do pracy i biznesu można podchodzić bez emocji. Zwłaszcza, jeśli masz „w tym "swój biznes”, by projekt czy przedsiębiorstwo się rozwijały. Albo, gdy jako klient czujesz się autentycznie uwiedziony opowieścią lub propozycją danej firmy.



Rozmawiasz na ulicy, w autobusie, przez telefon, na spotkaniu z rodziną czy przyjaciółmi o swojej i innych osób pracy. Ile razy podczas czyjejś opowieści o pracy czy prowadzonym swoim biznesie poczułeś ciarki na plecach? Ile razy opowieść Cię porwała i zaczarowała? Czy miałeś takie poczucie, że obojętnie co ten ktoś produkuje, kupiłbyś to od niego, niezależnie od potrzeby? I nie mówię tu o nieetycznych technikach stosowanych na różnych pokazach. Chodzi mi o usłyszenie autentycznej fascynacji tym co się robi, „oddanie sprawie”. Ja przynajmniej kilka takich historii słyszałem, od właścicieli mikro i małych firm. Z kilkoma prezesami dużych firm też rozmawiałem i ci „mali” wcale nie mają się czego wstydzić.

Jesteś zakochany w swojej firmie?

Czy, jeśli masz swoją firmę, możesz powiedzieć, że jesteś w niej zakochany? Czy Twój biznes wywołuje w Tobie emocje? Profesjonalizm managerski, zarządczy nie przeszkadza w emocjach, przekazywaniu swoim zaangażowaniem, fascynacją, przykładem działania, istoty i misji swojego biznesu. Bo jakbyś chciał przekonać swoich pracowników do tego, co chcesz osiągnąć? Samo to, że jesteś ich zwierzchnikiem i możesz nawet wymusić określone działania, nie wystarczy. Nie osiągniesz tego też wynajmując nawet najlepsze agencje konsultingowe, które opiszą bardzo dobrze i zgodnie z obowiązującymi trendami strategie, misję, wizję. Jeśli jesteś zakochany w tym co robisz, Twoja opowieść będzie zupełnie inna…

Autentyczny Ty

Ale osiągniesz to wychodząc do ludzi, opowiadając, jak rozpoczynałeś biznes w garażu mając jedną taczkę i mieszalnię do kleju zrobioną ze starej wiertarki, że przez lata popełniłeś masę błędów, ale nie poddałeś się, że kilka pomysłów było schrzanionych, że masz kilku przyjaciół, którzy pomogli kiedy było trzeba, że masz doświadczenie i wiesz dokąd idziesz. Jeśli mówisz prawdę (a nie jest to story powstała wyłącznie w agencji pr) i mówisz ją z pełnym przekonaniem i gdy pracownicy czy klienci wiedzą, że mówisz prawdę, jesteś wygrany. Nawet gdy przyznajesz się do jednej czy drugiej biznesowej porażki i pozornie wystawiasz na strzał, ludzie bardziej Ci ufają, niż komuś, kto jest im obojętny, nieznany, z którym nie łączą ich żadne emocje. Wierzą Ci bardziej, bo widzą, że mimo upadków idziesz dalej. Szanują Cię za odpowiedzialność, zaufanie, odkrycie przed nimi „ludzkiej twarzy”.

Zaryzykuj i otwórz się

Nie będę odkrywczy przypominając prawdę, że obecnie najskuteczniejszym sprzedawcą są emocje i wartości, jakie firma (pracownicy ale też sam właściciel) reprezentuje i ofiarowuje kientowi. To pokaż te emocje, pokaż jak cholernie Ci zależy na Twojej firmie, ale też pokaż swoje dobre strony, jak jesteś z niej dumny. Doceń siebie i swoją firmę, nie bądź fałszywie skromny. Trochę wyluzuj, zmień formę komunikacji. Firma to nie opakowania, siedziba, produkty, logistyka, wizytówki i słupki. Czasem to jest szok, bo przecież bycie prezesem to odpowiedzialność za procesy, ludzi, podejmowanie setek decyzji, podpisywanie dokumentów. A tu podpowiadają Ci, żebyś może pokazał zdjęcia z górskiej wyprawy, podlinkował piosenki ulubionego zespołu, wypowiedział się na temat ważny dla lokalnej społeczności, pokazał emocje. Co Cię interesuje, pasjonuje, co czytasz, jak myślisz, jak rozwiązujesz problemy, jakim jesteś szefem, jakie referencje wystawiają Ci współpracownicy, klienci? Ludzie chcą wiedzieć, naturalnie część wykorzysta to, czego się dowie, aby próbować Cię ośmieszyć. Skoro wyszedłeś ze strefy komfortu, okazałeś emocje, musisz się z tym liczyć. Ale też masz dużo więcej możliwości oddziaływania. Wchodzisz na zupełnie inny poziom komunikacji i relacji. Możesz wykorzystać inne kanały komunikacji. Ile sam nagrałeś filmików z opowieścią o tym, na czym się znasz zawodowo i pasjonujesz? Ile postów o firmie napisałeś? Zdajesz sobie sprawę jak szybko dzięki możesz dotrzeć z komentarzem bezpośrednio do wielu ludzi. Ale tylko wtedy, gdy konsekwentnie przez dłuższy czas będziesz budował taką komunikację i relacje. Gdy ludzie Ci zaufają, gdy chętnie będą zaglądać na profil, by zwyczajnie dowiedzieć się, „co u Ciebie”. Chętniej będą też Ci mówić, co im pasuje a co nie. Będziesz mógł ich słuchać, dyskutować, znów zacieśniać relacje.

Musi być „ogień”

Budując Twoją historię firmy, uchronisz się przed rutyną. Będziesz częściej odnawiał swój zachwyt i swoje zakochanie się w tym co robisz. Odkryjesz to co pasjonujące i twórcze. I nieustannie o tym mów, dziel się swoim entuzjazmem, oczywiście wtedy gdy jest on autentyczny a nie na pokaz. Nie uprawiaj propagandy sukcesu, ale nie żałuj sobie pochwał gdy na nie zasługujesz. Przebijaj się z tym ciągle do świadomości ludzi. Musi ciągle „być ogień”. Ze „zwykłą” informacją się nie przebijesz do mediów, a już na pewno nie na rynku lokalnym, który nie jest przyzwyczajony  i nie odczuwa potrzeby śledzenia na bieżąco poczynań przedsiębiorców. Co Ci zostaje? Powiesz, że zawsze możesz się zareklamować. Można wydać olbrzymi budżet na promocję i komunikację i jakby „wymusić” zwiększone zainteresowanie. Jeśli jednak komunikacja nie będzie autentyczna, przyniesie krótkotrwałą realizację wskaźników, ale nic poza tym. Poza tym, jak pisał przedsiębiorca Leszek Czarnecki: „obecność w mediach, za którą płacisz, nie odzwierciedla Twojego sukcesu, tylko Twoje poniesione koszty”.

Zakochany jak lider

Warto posłuchać Jacka Welcha, który dzieli się swoim bardzo praktycznym doświadczeniem dwudziestoletniego przewodzenia globalnemu koncernowi GE. Książka „Winning znaczy zwyciężać” dotyczy istoty bycia prawdziwym liderem. „Konieczność” bycia liderem dotyczy moim zdaniem przynajmniej w równym stopniu dyrektora w globalnej korporacji jak i właściciela mikro lub małej firmy. Moim zdaniem, nie można nim być dla innych, jeśli samemu nie jest się przekonanym o słuszności tego co się robi i nie stara się tych pozytywnych emocji i przekonań przekazać ludziom w firmie czy otoczeniu. Co zatem robią liderzy według Jacka Welcha? „Liderzy dbają o to, by ludzie żyli wizją firmy na co dzień. Oddziałują na wszystkich, emanując pozytywną energię i optymizmem. Zdobywają zaufanie dzięki otwartości, przejrzystości i uznaniu. Mają odwagę podejmować niepopularne decyzje i odwoływać się do intuicji. Swoim własnym przykładem inspirują do podejmowania ryzyka i uczenia się. Liderzy świętują sukces.”[1]

Kim jest „prywaciarz”?

Nie każdy może i chce być przedsiębiorcą, ale każdy powinien przynajmniej kilku przedsiębiorców dobrze poznać. Dowiedzieć się sporo na temat blasków i cieni prowadzenia przedsiębiorstw, odpowiedzialności, pracy 24/7 (przynajmniej w początkowych etapach). Wielu z nich przeżywało upadki swoich przedsięwzięć, skutki błędnych decyzji, ale nie spotkałem jeszcze ani jednego przedsiębiorcy, który wierząc w słuszność tego co robi i „kocha swoją pracę”, by po upadku, jednym, drugim, dziesiątym, nie chciał spróbować ponownie. Może wolniej, na pewno inaczej, z innym zespołem, ale znów są gotowi rzucić wyzwanie losowi. Szkoda trochę, że nie chcą, albo nie mają ku temu okazji, by dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Bo ten „kapitał” może ich skutecznie odróżnić od przedsiębiorców z przypadku, niesolidnych czy szkodzących dobremu imieniu właścicieli prywatnych firm. Jak wiemy z badań (choćby ubiegłorocznych Fundacji Firmy Rodzinne), na szczęście postrzeganie „prywaciarza” się w Polsce zmienia. Ludzie zaczynają dostrzegać to, że przedsiębiorca kocha swój biznes, że czuje się za niego odpowiedzialny, że za jakość produktów ręczy często własnym nazwiskiem, że przekazuje firmę jako wartość kolejnym pokoleniom. Dla ludzi z zewnątrz to „zakochanie” się w firmie, tysiące mniej lub bardziej radosnych historii i zdarzeń, składających się na opowieść, spoiwo i wyróżnik marki coraz częściej powoduje to, że wciskają guzik z napisem „kupuję to”. Nie chodzi o to, żeby pokazać jak tę miłość jako wartość można spieniężyć, bo dość niebezpiecznie  brzmi, ale żeby uświadomić, że to ta przysłowiowa wisienka na torcie, coś co urzeka, uwodzi, zabiera we wspólną podróż, wywołuje dobre emocje. It`s only love.



[1] J.Welch, Winning znaczy zwyciężać, EMKA 2010,s.83

30 sty 2016

Czas współdziałania

Współpraca przedsiębiorców między sobą i z innymi instytucjami – to obszar fascynujący, ale też pełen paradoksów. Pełen żywej relacji, bez prostych recept na sukces. Gdzie z pozoru najprostsze kwestie mogą okazać się najtrudniejsze. Albo też te najbardziej błahe pomysły przynoszą niespodziewanie najlepsze efekty. O co w tym chodzi?


Nie odkryję Ameryki przywołując stwierdzenie znane wszystkim handlowcom: utrzymanie obecnego klienta jest tańsze niż pozyskanie potencjalnego, a przy tym rozwijanie relacji z tym, z którym już pracujemy, przynosi większe profity. Dlaczego nie przełożyć tej prostej prawdy na współpracę samorządu z biznesem?
Inwestor – słowo klucz dla większości samorządów. To dla niego tworzy się strefy ekonomiczne, uchwala ulgi, licząc ile nowych miejsc pracy stworzy. Szuka się go po całym świecie, często przeceniając jego realny wpływ na lokalną gospodarkę i rynek pracy. I nie zawsze docenia się tych przedsiębiorców, których się już ma, a za których wspieraniem przemawiają konkretne argumenty.

Korzyści z dużego i małego

Dbanie o posiadane zasoby, w tym przypadku lokalnych przedsiębiorców i fachowców wcale nie jest łatwe. Można pomyśleć, że lepiej wygląda oznajmienie raz: powstanie 300 lub 500 miejsc pracy, niż czekać by 400 przedsiębiorców zatrudniło po 3 osoby. Nie chodzi jednak wcale o to, żeby przeciwstawiać obecnych małych przedsiębiorców większym inwestorom z zewnątrz. Nowy inwestor to często transfer wiedzy, technologii, doświadczenia i kapitału. To konkurencja na rynku pracy, która może wpłynąć na zarobki pracowników w innych firmach. Wysiłki samorządu powinny, moim zdaniem, zmierzać w tym kierunku, aby przeciwdziałać ewentualnemu zdominowaniu rynku przez jednego czy drugiego dużego inwestora, zaburzeniu równowagi. Trzeba wzmocnić lokalne firmy, długofalowemu przewidywaniu, jak rozwinąć potencjał miasta, regionu, by był gotowy na przyjęcie kolejnych firm. Albo wskazać takie kierunek rozwoju, w którym małe, zwinne firmy w różnych branżach będą w stanie skutecznie konkurować, ale też kooperować z gigantami.

Nie pytaj, co miasto może Ci dać…

Do zbudowania prawidłowych i procentujących w dłuższym terminie relacji na linii biznes-samorząd potrzebna jest zmiana myślenia, po jednej i po drugiej stronie. Niektóre samorządy rozumieją rolę przedsiębiorców w lokalnej gospodarce. Nie boją się kontaktów z biznesem, mimo iż czasem pozostali uczestnicy rynku, bardzo ważni z wyborczego punktu widzenia, patrzą na takie kontakty niestety wciąż podejrzliwie. Podobnie jak przedsiębiorcy, którzy – ze względu na upolitycznienie samorządu – często nie chcą być kojarzeni z aktualnie rządzącą opcją. Z drugiej strony, często do głosu dochodzi myślenie: co dla mnie zrobicie, co mogę zyskać. Na początku trzeba zmienić podejście na proaktywne: mój zysk zależny jest od mojego zaangażowania. Trzeba poczynić pewne inwestycje, wnieść swój wkład, ale niekoniecznie finansowy. O wiele ważniejsze i cenniejsze, z punktu widzenia intensywnej współpracy są: własny czas, zaangażowanie, posiadane wiedza i doświadczenie biznesowe. Zmiana w myśleniu powinna zatem oprzeć się o prognozy efektu, czysty rachunek korzyści, który jest jasny zarówno dla polityków, przedsiębiorców jak i mieszkańców.

Na początku trzeba zmienić podejście na proaktywne: mój zysk zależny jest od mojego zaangażowania. Trzeba poczynić pewne inwestycje, wnieść swój wkład, ale niekoniecznie finansowy. O wiele ważniejsze i cenniejsze, z punktu widzenia intensywnej współpracy są: własny czas, zaangażowanie, posiadane wiedza i doświadczenie biznesowe.

Partnerski samorząd

W interesie samorządu jest stworzenie sprawnego  i przyjaznego ekosystemu dla współpracy przedsiębiorców. Samorząd świadczy przecież różne usługi dla przedsiębiorców, trzeba dbać, żeby ich poziom był jak najwyższy,  dobrze więc poznać potrzeby klientów, rozmawiać na temat oczekiwań. Samorząd potrzebuje aktywnych przedsiębiorców do konsultowania strategii edukacyjnej, pozyskiwania spośród nich partnerów do licznych inicjatyw, począwszy od imprez kulturalnych czy sportowych a kończąc na poważnych inwestycjach PPP. Aktywna animacja środowiska biznesowego, trwałe relacje, oparte na partnerstwie i wzajemnym zaufaniu, pozwalają na sprawniejsze realizowanie funkcji samorządu, oczywiście w pełni transparentnie, przy poszanowaniu wszelkich reguł prawa.  To jest możliwe, zwłaszcza, gdy prowadzi się nowoczesną i otwartą komunikację. Gdy przełamuje się schematy, przyzwyczajenia, gdy honoruje się efekty działań a nie same deklaracje. Promocja proaktywnych postaw, wartościowych inicjatyw jest tak naprawdę najlepszą promocją samego miasta i jego gospodarzy. To truizmy, ale warto je przypominać. Czasem wystarczy impuls, aby powoli wszystko zaczęło działać.

Partnerski biznes

Po tej stronie jest, wbrew pozorom, nieco trudniej. Wpierw przedsiębiorcy muszą chcieć i umieć współpracować między sobą. Dopiero potem mogą pomyśleć o wyłonieniu reprezentacji do działań na zewnątrz, z otoczeniem biznesu.  Zacznijmy zatem od początku.

 Innowacyjność myślenia

Przedsiębiorca z MSP często myśli tak: „Haruję w pocie czoła, martwię się, czy będę miał nie tylko na życie dla mojej rodziny, ale też na pensje dla pracowników, i oczywiście na ZUS. Sporo instytucji czyha na to, by powinęła mi się noga, nie nadążam za konkurencją, nie mam kiedy myśleć o zaplanowaniu rozwoju własnej firmy, więc tym bardziej nie mam czasu ani ochoty na współpracę z innymi firmami. Pewnie im chodzi o zabranie moich pomysłów, a w ogóle to gadanie na spotkaniach nie przynosi efektów, więc to jest strata czasu.”
Często mają sporo racji. Nikt za nich, jeśli tak mają ułożoną pracę w firmie, tej pracy nie wykona. Jeśli nic nie zmienią w swoim podejściu, to nic się nie zmieni. Dalej będzie trwała nieufność i niechęć do kooperacji, brak otwartości i chęci dzielenia się wiedzą, te wstrętne relikty PRL-u. To zupełnie inaczej wygląda już w młodszych pokoleniach przedsiębiorców, ale dalej większość rodzinnych firm jest przed sukcesją.

Koniec stereotypu „prywaciarza”

Winny temu podejściu jest również odbiór społeczny „prywaciarza”, choć i on wreszcie powoli się zmienia. Tradycja, wysoka jakość, rzetelność, wiarygodność i uczciwość to cechy, które najczęściej kojarzą się Polakom z firmami rodzinnymi, jak wynika z drugiej edycji raportu „Polacy o firmach rodzinnych” opracowanego na zlecenie Fundacji Firmy Rodzinne. Właściciele firm rodzinnych zostali scharakteryzowani jako osoby przedsiębiorcze, pracowite, zaradne i kreatywne. Zatem, państwo przedsiębiorcy, przede wszystkim, głowa do góry!
Sami przedsiębiorcy powinni być zainteresowani odbudowaniem właściwej rangi właściciela biznesu. Skoro rodzinność firmy, jej historia, tradycja, ciągłość, trwanie i rozwój to w oczach konsumentów taka wartość, to zacznijmy to wykorzystywać. I zacznijmy uczyć innych, co zrobić, żeby mniej doświadczeni przedsiębiorcy potrafili płynnie dostosowywać się do zmieniających się realiów rynku i przekazywać firmę z dziadka, ojca na syna czy córkę. Firmy, które „wybuchły” na wezbranej fali uwolnionej przedsiębiorczości po 1989 roku są spragnione wiedzy od firm czy zakładów rzemieślniczych, które powstały  po wojnie lub nawet przed nią. Doświadczenie biznesowe i wiedza to bezcenny kapitał, z którego część przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy.
 Sami przedsiębiorcy powinni być zainteresowani odbudowaniem właściwej rangi właściciela biznesu. Skoro rodzinność firmy, jej historia, tradycja, ciągłość, trwanie i rozwój to w oczach konsumentów taka wartość, to zacznijmy to wykorzystywać.


Suma kapitałów

Przypuśćmy, że w jednej organizacji przedsiębiorców jest 10 firm. To oznacza, że jest tam przynajmniej 10 właścicieli, 10 handlowców, 10 specjalistów od produkcji, 10 marketingowców i np. 10 logistyków. W dodatku każdy być może z innej branży lub dedykowanych do produktów i usług docierających do różnych grup odbiorców. Więc kumulacja wiedzy i doświadczeń, będzie mieć wartość pewnie w okolicach 6-7, czyli dużo więcej niż wiedza jednostkowa. W obrębie organizacji więc wzrasta również kapitał ludzki. Pewnie nie bez znaczenia jest również skumulowany kapitał finansowy. Ponieważ wszystkie organizacje uczą się, suma kapitałów wciąż rośnie i wciąż mogą dopływać do nich nowe idee. Siłą grupy jest wykorzystanie efektu synergii, a kumulacja firm pomaga również w obniżce kosztów poszczególnych firm, ale to temat na osobną dyskusję.

Jesteś moim konkurentem, współpracujmy

Im więcej salonów samochodowych w pobliżu, tym więcej potencjalnych klientów w każdym z nich. Im więcej świadomych i wyedukowanych przez grupę firm budowlanych klientów, tym większa szansa na wyższą marżę i rosnącą liczbę zleceń dla każdej z nich lub celowego konsorcjum. Im szybciej nauczymy się nowych technologii i zbudujemy łańcuch produkcji, tym więcej rynku zdobędziemy. Im sprawniejsza wspólna logistyka, tym niższe koszty i lepsze dotarcie do grup docelowych. Im więcej uczniów i studentów przyjmiemy na praktykę, tym będziemy mieć mniejszy problem z pozyskaniem pracowników. Im… i tak dalej. Sporo korzyści, ale nie są one dostępne dla wszystkich.

Warunki dobrej współpracy

Tak, nie wszyscy członkowie organizacji biznesowych, których celem jest współpraca, odnoszą realne i takie same korzyści. Żadnych korzyści nie odnoszą ci, którzy… nic nie wnoszą. Są zawiedzeni i po jakimś czasie zniechęceni obecnością w danym gremium. Nie ma takiego działania, które wszystkim zagwarantowałoby równy zysk. Ale po to działań w ramach jakiejś organizacji podejmuje się dziesiątki i setki, żeby długookresowo bilans wychodził na plus. Więc zaangażowanie, inicjatywy to pierwszy warunek. Drugi – działanie nastawione na cel i pozwolenie na to, by efekt nie musiał być natychmiastowy. Trzeci, może najważniejszy z nich wszystkich – zaufanie. Czasem dla lepszej skuteczności działania i lepszego efektu trzeba podzielić się wypracowywanym przez lata procesem technologicznym, albo kontaktami do hurtowników. Co otrzymamy w zamian? Może chwilowo nic, ale za miesiąc, na przykład bezpośredni kontakt do właściciela innej firmy. Specjaliści od networkingu mówią, że jeśli chcesz skutecznie współpracować, bądź gotów trzy razy pomóc, zanim poprosisz o pomoc. Dzielenie się wiedzą, kontaktami, wspieranie w rozwoju relacji, jest siłą napędową organizacji.

Zaangażowanie, inicjatywy to pierwszy warunek. Drugi – działanie nastawione na cel i pozwolenie na to, by efekt nie musiał być natychmiastowy. Trzeci, może najważniejszy z nich wszystkich – zaufanie.

 Zupełnie inny poziom

Gdy wspólpraca na podstawowym poziomie jest opanowana, sytuacja wygląda już inaczej. Dany obszar staje się atrakcyjniejszy dla firm i osób z zewnątrz, potnecjalni pracownicy widzą większe szanse na sensowne zatrudnienie w grupie kooperujących przedsiębiorców na dynamicznym rynku. Rozwija się specjalistyczny biznes, zaawansowany technologicznie, również dzięki wspólnym inwestycjom w technologie, nowe sektory produkcji i usług. To sytuacja przedstawiona w skrócie i w pewnym sensie wyidealizowana, ale nie niemożliwa w dłuższym okresie. W grupie lub grupach firm, możliwe jest szersze działania pro publico bono. W nowych okolicznościach i z wykorzystaniem zupełnie nowych narzędzi możliwy jest powrót do zdobywania wiedzy i doświadczenia w relacji mistrz/mentor – uczeń. To też ułatwiony pokoleniowy przekaz władzy i własności w firmach. I pole do zawansowanej współpracy w marketingu i promocji (temat na kolejny wpis), w różnych zespołach zadaniowych. To też czas na specjalizację firm, wejście na nowy poziom, stosunkowo niewielkich, zwinnych organizacji, szybko uczących się, tworzących produkty i usługi o wysokiej wartości dodanej i odpowiednio dużej marży.

Wracając do samorządu…

Nie ma na co czekać. Jak to mówią, biznes się sam nie zrobi. Obserwując przedsiębiorców widzę, że gotowość wśród dużej części z nich, do tego by wejść na kolejny poziom współpracy jest. Trzeba impulsów, żeby na początek kilku , może kilkunastu zaczęło działać. Czy impuls nadejdzie od strony samorządu, który ma jeden nadrzędny cel, wspólny z miejscowymi przedsiębiorcami: rozwój.